Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Moje rekordowe leszcze

08. 03. 31
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 12241
mojeleszcze Zawsze chciałem złowić jak największego leszcza takiego, o którym mogłem tylko pomarzyć. Oj a moje marzenia i wyobraźnia są chyba bez granic, co do leszczy. Nigdy nie myślałem o pobiciu jakiegoś tam gazetowego rekordu, ale dokładnie wertowałem wszystkie informacje o tym gatunku w najdrobniejszych szczegółach. Nigdy nie ignorowałem i nie lekceważę i teraz żadnej informacji o leszczach złowionych przez wędkarzy. Czy to przypadkowy dwu kilowy leszcz złowiony przez dziecko na wakacjach w nietypowym miejscu jak plaża, czy też przez zawodowca na zawodach, któremu „weszły” kilowe leszcze w zanętę. Wszystkie takie wyczytane czy podsłuchane informacje robiły kocioł z mojego umysłu, a leszcze w mojej wyobraźni żyły i rosły w doświadczenie razem ze mną.
   
    Ciągle marzyłem żeby trzymać w rękach leszcza o wadze, o jakiej nie pisali jeszcze nawet w książkach. I przekonać innych, że te największe jeziorowe leszcze wcale nie są takimi samotnikami, a każdy z nich złowiony przeze mnie nie jest jeszcze tym największym. I tu chyba moja wyobraźnia przekroczyła rozsądek. Na dzisiejszy dzień mam za sobą blisko 30 lat życia z leszczami ile pokoleń rozszyfrowałem nie wiem, ale ciągle sobie wmawiam, że te, które teraz szukam i próbuję się z nimi zmierzyć urodziły się tuż po mojej fascynacji tym gatunkiem. Nigdy nie doszedłbym do kryjówek tych największych jeziorowych leszczy gdyby nie młodsze pokolenie tego gatunku. To od sposobu życia mniejszych leszczy zacząłem szukać sposobu dotarcia do prawdziwych ryb, które tylko wiosną w maju widziałem jak próbowały się przewracać na powierzchni jeziora, ale niestety tym leszczom nigdy, to się nie udawało, bo były po prostu za ciężkie. Ale za to wkurzały mnie na cały przyszły sezon.
   
    Niestety nie udało mi się złowić leszcza dobrze powyżej pięciu kilogramów w środku lata. Nie, dlatego że są takie nie do złowienia, ale specjalnie nie trudzę się w ich poszukiwaniu. Zlokalizowanie leszczy sześciu i więcej kilowych w letnim i jesiennym sezonie jest mniej możliwe niż trafienie w totka. Dlatego na te leszcze przeznaczam zawsze wiosnę a konkretnie to maj i kawałek czerwca - dlaczego? zaraz powiem, ale dlaczego nie w sezonie letnim, a już szczególnie jesiennym? Przecież teraz powinny żerować najintensywniej i złowienie sztuki ponad pięciu kilo powinno być naprawdę duże. Powiem szczerze jest to prawie nie niemożliwe. Dlatego prawie, bo są jeszcze tak zwane przypadki, ale ja za nie dziękuje. Lato i jesień to naprawdę najintensywniejsze żerowanie leszczy no może z wyjątkiem lipca. I właśnie, dlatego, że leszcze bardzo dużo i często jedzą, dlatego gdy dobrze mam zanęcone miejsce to mam tam w ciągu dnia kilka roczników leszczy. Pewnie, że te wielkie gdzieś w pobliżu pływają, ale z kilku powodów nie dadzą się złowić. Przede wszystkim dlatego, że ryb w łowisku jest tak dużo przez cały prawie dzień i na pewno żarcia im nie starczy które ja przywiozę na łowisko, a przywożę tego naprawdę nie mało i nie byle co. Po drugie to wcale im nie spieszno do tłoku z takim doświadczeniem życiowym. A że nie mają już naturalnych wrogów (z wyjątkiem nas ludzi) potrafią żerować w miejscach gdzie sąsiadują nawet z wielkimi jeziorowymi szczupakami. Tylko że te żerują raczej w toni jeziora za sielawą i mniejszymi leszczami, a wielkie leszczyska pod nimi całkiem spokojnie ryją muł w półmroku głębiny jeziora. 
 
barton1
 
    Nie raz widziałem ich ślady żerowania na powierzchni jeziora w postaci wielkich bąbli wydobywających się w jednym miejscu. Zbliżony efekt wywołuje moja kotwica od łodzi, gdy spuszczę ją w muł w takim miejscu, a do tego trochę nią poruszam w tym mule. Bąble aż słychać na powierzchni Mój największy leszcz miał otwór pyska wielkości szklanki, a głowę prawie taką dużą a jak moja dodałem sobie do tego teorię ichtiologów, którzy mówią, że leszcz podczas żerowania potrafi wsadzić w muł i cały łeb w poszukiwaniu pokarmu no to moja kotwica robi w porównaniu tyle zamieszania w mule co łyżeczka merdająca w szklance herbaty. I chociaż latem i jesienią widzę czasami po kilkanaście takich zjawisk na małym obszarze to daję sobie spokój z zanęcaniem takiego miejsca, bo już i tak wiem że młodzież leszczy będzie już tu na drugi dzień po zanęceniu a po tygodniu czy nawet dwóch nie złowię tu leszcza większego niż dwa kilo. A te ogromne bąble mogę znaleźć całkiem w innym miejscu jeziora. Pewnie że nie znaczy to że są to te same ryby bo nie są w jeziorze jedynymi olbrzymami leszczowymi. Skąd wiem? od rybaków oni potwierdzają moją teorię bo w różnych rejonach jeziora czasami łowią w stawne sieci kilka leszczy po siedem i ponad osiem kilo mało tego czasami powiedzą i prawdę za coś w zamian. Nawet potrafią przywieźć i leszcza powyżej dziewiątki. Czyż to nie mobilizuje do marzeń.  
 
    Takie marzenia kręcą mnie jak cholera, gdy zbliża się wiosna, bo teraz ja jestem górą i mam wielkie szanse na leszcza marzeń - więcej na leszcze marzeń. Jeżeli oczywiście czegoś nie przegapię, a niestety często tak jest. I wtedy sobie zarzekam, że kolejnej wiosny tego błędu nie powtórzę. No ale niestety gdy przychodzi kolejna szansa leszcze zmieniają jakby zwyczaje i znowu zostaję wykiwany, ale z nowym doświadczeniem – jakim? A chociażby tym, że latem tych wielkich raczej nie zobaczymy jak się spławiają. Trzy, cztero kilowe leszcze to ryby marzeń każdego wędkarza i nie tylko spławikowego, a takie ryby często zobaczymy jak się przewalają na powierzchni na cichej tafli jeziora tuż przed wschodem słońca. Po kilku minutach potężne bąble wychodzą na powierzchnię i niektóre pękają od razu a niektóre płyną powoli w kierunku spławika i … nagle spławik unosi się pomału do góry…  
 
    Gdy nagle dwa metry za spławikiem w porównaniu do poprzednich ryb coś trzy razy większego wyłania się z wody pierwszy mój odruch to cichy okrzyk boże to leszcz i to jaki. Zapominam zaciąć brania, bo już nic się więcej nie liczy jak te które widziałem przed chwilą bo było ich ze trzy co się pokazały. Są tak blisko, ale dzieli nas jezioro i całkiem inny świat. Są tak mało ostrożne wiosną w pokazywaniu się na powierzchni, że aż do przesady kładą mnie na łopatki. Wiele lat myślałem, że jestem bez radny, ale role powoli się odmieniły. Bo jeżeli teraz tak wyraźnie się pokazują to i w żerowaniu mogą popełniać błędy. I popełniają i to bardzo duże jeżeli łyknę trochę biologii o tym gatunku i połączę to z moimi dotychczasowymi błędami wiosennymi. 
 
barton2
 
    Mimo wsypaniu do wody w ciągu tych lat chyba kilku ton zanęty i przeprowadzeniu sekcji leszczom od kila do pięciu każdej wiosny ignorowały mnie i zjawiały się w innej części jeziora. Z roku na rok zacząłem podejrzewać że one nie mają wcale swoich stałych tras spacerowych czy żerowych i to się szybko sprawdziło w praktyce. W porównywaniu pogody przez te wszystkie lata czy fazy księżyca i temperatury wody nic się leszczom nie powtórzyło z ich życia czy zachowania. One po prostu robiły co chciały żyły swoimi zwyczajami i wyglądało to tak jakby miały te wszystkie czynniki atmosferyczne gdzieś. Zawsze w maju lub na samym początku czerwca pokazują się na powierzchni blisko brzegu w ciche chłodne i bezchmurne poranki. Mimo że moim rekordowym dniem to był dzień w którym złowiłem trzy ponad pięciokilowe leszcze i jednego ponad siedem kilo to rozbieżność w wadze jest dla mnie zbyt wielka to i zwyczaje tych ryb są różne. I ten siedmio kilowy w moim łowisku nie był sam to wiem na pewno. Bo po kolejce pięciokilowych po krótkiej przerwie wziął ten największy potem już był stres i zbyt wielka samo kontrola i kolejne takie samo branie skończyło się zerwaniem ryby i kolejny błąd do poprawienia na ile lat – nie wiem ale cieszy mnie to że moje leszcze to nie przypadki. Na pewno się z nimi czyli z takimi powyżej siedem kilo jeszcze spotkam bóg jeden wie na którego jest już podpisany wyrok za ile lat nie wiem ale zrobię wszystko żeby być tym który go przechytrzy. Wierzę że kiedyś znowu nie popełnię błędu wiem na pewno że złowienie kilku a może i więcej sztuk tak wielkich leszczy jest możliwe. 
 
    W każdym jeziorze nawet tym „zachwaszczonym” przez rybaków wśród tych mnóstwa leszczyków żyją ogromne leszczyska z poprzednich pokoleń, które pamiętają rybaków, którzy dbali o jeziora i ich mieszkańców. Ogromne leszcze zawsze wiosną pokażą że one tu jeszcze są. Do dziś odwiedziłem kilkadziesiąt jezior w okolicach mojej gminy i czy są to duże głębokie rynny o krystalicznej wodzie czy popularne kilkuhektarowe miski to na mniejszych tylko wiosną mogłem się przekonać o żyjących w nich leszczach przekraczających wyobraźnię, ale nie rozsadek.  
   
barton3Wiosna wiosną, ale jednak najwięcej zgłoszonych jak dotąd okazów pochodzi z miesięcy letnich, a w szczególności z lipca. I jest w tym dużo prawdy, chociaż ta prawda jest trochę przypadkowa. Mam na swoich dużych jeziorach swoje miejsca pewniaki, gdzie w lipcu lecz nie prędzej jak w drugiej jego połowie leszcze jak na życzenie po trzech dniach sypania zaczynają wyżerkę ponad miarę swoją i mojej siatki. Już w drugim tygodniu nęcenia zaczynam pojedynczo targać z dna leszcze po pięć kilo i przy odpowiedniej pogodzie wyrwę ze trzy, cztery na dzień. I wcale nie są to żadne przypadki, bo każdy z nich jest porządnie obżarty moją zanętą. A tak samo jak każdemu wędkarzowi tak i mi apetyt rośnie bardzo szybko i zaczynam kombinować, co by zrobić żeby złowić jeszcze większe. Dni mijają a błędy się szerzą pazerność bierze górę i jest po rybach, bo … lipiec się skończył połowa sierpnia za mną a ja ciągle kombinuję, a większe gdzieś zniknęły i co dziwne zaczynają brać coraz mniejsze. W takich sytuacjach zawsze planowałem sobie, co roku, że więcej tego błędu nie popełnię. I w przyszłym roku już z tego pewnego miejsca się nie ruszę. A jednak się ruszyłem, bo nie miałem innego wyjścia.
 
    Nie miałem wyjścia, bo wiosna czyli maj i czerwiec były tak chłodne, że leszcze nie wytarte do końca ani myślały o żarciu w lipcu. Zabunkrowały się gdzieś na jeziorze i Bóg jedyny wie gdzie i przeczekały chyba do kolejnego roku. Taka sytuacja łowienia olbrzymów w lipcu powtarza mi się co trzeci a nawet co czwarty rok. Ale nie musi to być żadną regułą, bo już trochę cwaniaków rozszyfrowałem i to właśnie w lipcu i to bez względu na to czy wiosna była zimna. Może i sam pan bóg mi dopomógł w tym, nie wiem, ale wiem, co wielkie leszcze jeziorowe robią w takich warunkach i gdzie się chowają. Znalazłem miejsca leszczy, który każdy co przepływa tą okolicą jest na pewno seniorem tego gatunku. Widziałem pojedyncze spławy leszczy, które chyba gdy wyłaniały się z wody ich cielska nie miały końca. Ale są to naprawdę pojedyncze sztuki, które widać na powierzchni wcale nie o świcie tylko w godzinach przedpołudniowych. Najczęściej jest to między godziną 9 a 11. dałem sobie wtedy spokój z pazernością i odstąpiłem od miejsc gdzie o świcie spławiały się codziennie ogromne ilości pięknych leszczy.
 
    Na głębokości 13-15m gdzie spad schodził dalej stromo do ponad dwudziestu dwóch metrów i to w kierunku północnym już po trzech dniach sypania dostawałem po trzy sztuki pięcio kilowe. Po tygodniu łowienia w takim miejscu w głowie mam taki wulkan, że sam nie wiem czy to jawa czy sen. Chociaż nigdy w ciągu tego tygodnia nie złowię więcej niż trzy no czasami, ale rzadko cztery sztuki, ale nie trafiłem nigdy na mniejszego jak pięć równych kilo. I tu panuje reguła pierwsza, z którą się spotkałem w świecie wielkich leszczowych seniorów. Bo jeśli przez kolejne trzy dni nie złowię żadnego a moja cierpliwość wytrzyma to nagrodą będą leszcze kolejnego rocznika, czyli miedzy 6, a 7 kg i nie będą to żadne samotniki. Jednak ciągle mam w uszach tą książkową teorię, że największe jeziorowe leszcze pływają samotnie to, co będzie jeżeli w takim moim miejscu wytrzymam jeszcze kolejne kilka dni…  
 
    A ja jestem uparty wytrzymałem prawie 30 lat to co mi tam kolejnych tyle. Przeorałem dno w jeziorach bardziej niż były PGR swoje role w poszukiwaniu czegoś co by dać rybą do zanęty do której by leciały jak oszalałem na pewniaka. Wiedziałem, że musi to być coś, co ryby znają od urodzenia bo wśród takich zapachów i smaków pływają . I udało się po tylu latach wąchania i smakowania mułów i wszystkiego co żyje w jeziorze zrobiłem sobie swój dodatek do zanęty do przynęty do czego wszystkie ryby jeziorowe lecą bez wszelkich zastrzeżeń. Jest to mój „smrodek” a nazwałem to atraktor-dip bo nadaję się do wszystkiego i jak się okazało wędkarze łowią też dzięki niemu sumy, węgorze czy sandacze, ja takich ryb nie łowię bo ich w mojej okolicy nie ma, ale za to mam w swojej gminie 33 jeziora i to jakie. To co będę szukał tego co mam pod nosem a mam raj wędkarski. Ogrom wędkarzy już się przekonało jaki wędkarski raj jest w okolicy Przechlewa i przejeżdżają do mnie na gotowe łowiska przez cały rok z zimą włącznie. 
 
Bogdan Barton 
  

Partnerzy

http://moczykije.pl/barton-i-leszcze/241-moje-rekordowe-leszcze.html
Do góry