Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Poranek nad wodą

07. 04. 04
Wpis dodał: Listonorz
Odsłony: 7837
poranek nad wodą Podniosłem powieki i od razu zacisnąłem oczy. "Ostre" światło wczesnego poranka oślepiło moje zmęczone oczy. Mlasnąłem kilkakrotnie usiłując zwilżyć wyschnięte usta. Wczorajsze spotkanie z kolesiami było bardzo wesołe, jednak poranek do wesołych nie należał. Pierwsza trzeźwa myśl podążyła poza okno. Szykowała się piękna pogoda. Leżałem dalej, leniwie myśląc jak przeżyć ten dzień w miarę bezboleśnie. W myślach przeprowadziłem mały remanent akcesorii wędkarskich. Z ostatniej wyprawy zostały mi robaki, białe i czerwone, kukurydza i paczka zanęty. Nie zastanawiałem się zbyt długo. Pomyślałem tylko, szkoda że muszę iść sam. Niestety wieczór wcześniej spotkałem sie akurat z kolegami po kiju i wątpiłem aby którykolwiek podzielał mój entuzjazm do łowienia o 4 rano.
Szybka toaleta, z niechęcią spojrzałem na jedzenie, jednak zdrowy rozsądek zwyciężył i spakowałem kilka kromek chleba i kawałek kiełbasy. oczywiście nie mogłem zapomnieć o wodzie do picia, chociaż marzyłem o browarze, postanowiłem nie brać piwa nad wodę. Chwile trwało zanim ustaliłem jaki sprzęt zabrać ze sobą. Nad miejscem połowu nie zastanawiałem się długo. Warta odpadała, ponieważ nie lubię w niej łowić, więc został kanał "ulgi'. Zabrałem ze sobą feedera i wędkę na którą miałem łowić na spławik. Nie mam daleko więc po kilku minutach byłem nad wodą. Starając się zlekceważyć nasilający się ból głowy rozejrzałem się za miejscem połowu. Spodobała mi się niewielka zatoczka zarośnięta kapelonami. Na szczęście nie było nikogo i mogłem do woli wybierać miejsce. Szybko rozrobiłem zanętę, powbijałem podpórki i rozwinąłem sprzęt. Siatka na razie została na brzegu a podbierak, co miało się zemścić w plecaku. Na haczyk gruntówki powędrował pęczek czerwonych robali i zestaw z cichym pluskiem wylądował w marszczonej lekkim wiaterkiem wodzie. Drugą wędką postanowiłem pobawić się z drobnicą przy kapelonach. Podsypałem zanęty i ustawiając grunt tak aby przynęta znalazła się tuż nad dnem. Jako przynęty użyłem dwóch białych robaków. Tak szczerze to nie spodziewałem się efektów, nad wodę wybrałem się porostu pobyć na hmm, "świeżym" powietrzu. Lekko sfalowana woda wyglądała jak w zbiorniku przeciwpożarowym, zero oznak życia. Nie nastrajało to optymistycznie jednak nie przerażała mnie perspektywa powrotu do domu bez zdobyczy. Dla mnie ważny był pobyt nad wodą. Leniwie spoglądałem w jaśniejące niebo, ptaki śpiewały wesoło aczkolwiek nie był to miły dzwięk dla mojej bolącej głowy. Nagle kątem oka zauważyłem jakiś ruch na wodzie. Już przytomniejszym wzrokiem spojrzałem na spławik. po kilkunastu sekundach byłem przekonany że musiało mi się przewidzieć. Znów oddałem się leniwym myślą wspominając wczorajszy wieczór. znów ruch na wodzie i tym razem nie miałem wątpliwości, spławik leniwie ale zdecydowanie płynął w kierunku liści kapelonów. Szybkie zacięcie i rozczarowanie. Nie ma żadnego oporu a na haku trzepocze się niewielki krąpik. Lekko zniesmaczony zmieniłem białe robaki na kukurydzę i umieściłem spławik w tym samym miejscu. Jak już wstałem postanowiłem sprawdzić gruntówkę, leniwie kręciłem kołowrotkiem nie mając mocy na jakieś energiczne ruchy. Z robaczków na haku została zmemłana krwawa miazga. W normalnych warunkach nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, jednak tym razem obrudziłem się z lekkim obrzydzeniem. Cholerny wiaterek, pomyślałem, coś się dobierało do moich robaczków a szczytówka nawet nie drgnęła. Postanowiłem założyć wskaźnik na żyłkę, może to będzie lepiej widoczne na wietrze, tym bardziej że nie skupiałem uwagi na żadnej z wędek. Założyłem nowe robaki, wbijając sobie haczyk w palca, i posłałem zestaw kilkanaście metrów od brzegu. Nieźle, nie dość że czuję się beznadziejnie, złapałem małego krąpika to jeszcze krew mi z palca leci. dobrze że nikt nie słyszał słów które popłynęły z moich ust szerokim strumieniem. Bezmyślnie wysysając krew z palca gapiłem się w nieruchomy spławik rozmyślając o nieistotnych rzeczach. Nagle spławik, do tej pory prawie leżący na wodzie, podniósł się i powoli pogrążał się w wodzie. Szybkie zacięcie i moja głupia mina. Na ostatniej wyprawie miałem zaczep i dokręciłem do oporu hamulec. jak nowicjusz nie wyregulowałem go przed zarzuceniem, a poza tym spodziewałem się kolejnego krąpika. Poczułem opór i gwałtowny zryw ryby. Cienka żyłka nie wytrzymała tej szarży i ryba odpłynęła z moim haczykiem w pysku. Myślę że moja mina nadawała się do jakiegoś programu satyrycznego, na szczęście nie było nikogo. Przez chwilę gapiłem się na poruszone przez rybę łodygi grążeli. Trzęsącymi się rękoma zawiązałem nowy haczyk, założyłem kukurydze i zarzuciłem w to samo miejsce. Za zestawem do wody powędrowała garść zanęty, w celu uspokojenia i przywabienia spłoszonych zajściem ryb. Oczywiście przez następne pół godziny nic się nie działo. Powoli zaczynałem marzyć o poduszce przed telewizorem, gdy nagle bombka podwieszona na żyłce gruntówki podskoczyła kilkakrotnie. nie były to długie skoki, jednak nie było mowy o pomyłce. Kilkanaście sekund przerwy i bombka gwałtownie podjechała do samej wędki. Szybko zaciąłem i tym razem miłe uczucie. Kij stanął w miejscu jakbym pień zaczepił, a następnie gwałtowny odjazd w kapelony. Na szczęście tym razem odpowiednio wyregulowany hamulec zareagował prawidłowo i wypuścił kilka metrów żyłki nie pozwalając rybie zerwać żyłki. Ryba kilkakrotnie uciekała to w lewo, to w prawo, jednak nieubłaganie choć powoli zbliżała się do brzegu. I tu moment konsternacji, wysoki brzeg, co ja mam zrobić??!! W oczach panika. na wędce szaleje duża ryba, jeszcze nie wiem jaka bo jej nie widzę, a ja rozglądam się w obie strony w poszukiwaniu miejsca w którym mógłbym rybę wyjąć "ślizgiem". Jeszcze większa panika ponieważ z lewej strony drzewo a z drugiej wysokie krzaki. oczywiście podbierak w plecaku i nikogo w pobliżu. Gdyby na moim miejscu był Chuck Norris ryba pewnie sama by wyszła błagać o litość ale ja nie znam takich sztuczek. Po chwili, która dla mnie była wiecznością pokazał się grzbiet ryby. Tego obłego, zielonego grzbietu pomylić się nie dało. Tak wielkiego lina jeszcze nie widziałem. Na oko pewnie ze 3 kilo zdążyłem pomyśleć i ryba znów zniknęła pod wodą. W głowie jedna myśl MUSZĘ GO MIEĆ!!!! Jedną ręka trzymałem wędkę tak aby ryba nie zrobiła luzu na żyłce, a drugą, nie oglądając się szukałem plecaka. W końcu namacałem podbierak. Teraz najgorsze, nie było szans na rozłożenie go jedną ręką. Chwila zastanowienia i wędka ląduje między nogami, a ja mając wolne ręce rozkładam podbierak. Mówiąc szczerze mogłem zrobić wiele mądrzejszych rzeczy, cała akcja trwała kilka sekund. Oczywiście nie zdążyłem rozłożyć podbieraka gdy ryba szarpnęła mocniej i wędka poleciała w kierunku wody. Rzuciłem podbierak chwytając wędzisko i ciśnienie mi się podniosło, luz na żyłce. Powoli dokończyłem rozwijanie podbieraka i zestaw wylądował w wodzie. Oczywiście już nie miałem brania do samego obiadu, a najlepsze to że chwilę po zerwaniu ryby na wale obok mnie pokazał się kolega, który przypadkiem zawędrował nad kanał na spacer z dziewczyną. Oczywiście nikt mi nie uwierzył w zerwanego potwora, a ja obiecałem sobie że nad kanałem więcej nikt mnie nie zobaczy.
  

Partnerzy

http://moczykije.pl/opowiadania/102-poranek-nad-woda.html
Do góry