Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Wspomnienia z dzieciństwa

07. 04. 05
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 6773
starorzecze3 Dwa BMX'y i czerwony składak mkną po wale, wzdłuż starego koryta Warty, pozostawiając za sobą tumany kurzu, które niczym poranna rosa osiadają na pobliskiej łące. To koledzy z jednego osiedla, którym dziadek jednego z nich zaszczepił bakcyla jakim jest wędkarstwo. Jadą prosto przed siebie nie zwracając uwagi na nic, niczym konie z klapkami na oczach. Nie ma się co im dziwić, wyrwali się z domu na piknik poza miasto, bez rodziców, bez obowiązków, tylko woda, trawa, śpiew ptaków no i oczywiście ryby, wielkie ryby, które pływają w starorzeczu Warty.
Do tej pory te odległe, jak im sie wydawało stawy, były dla nich niedostępne, zakazane przez rodziców. Jednak chęć spotkania z wielką rybą była silniejsza niż jakieś tam zakazy. Nawet groźba kary czy lania nie powstrzymałaby ich od odwiedzenia tych odległych terenów. Wyobraźnię ich rozpalały też opowieści dziadka, który jako młodzieniec wędkował w tamtych okolicach, łowiąc na wędkę wycięta z leszczyny piękne leszcze, płocie i karpie. Dowodził nimi Daniel, najbardziej odpowiedzialny i jednocześnie najstarszy z paczki. Pozostali dwaj to Marcin i oczywiście ja narrator tej historii. Aby dotrzeć na "półksiężyc", staw z opowieści dziadka, musieli pokonać ładny kawałek drogi mijając po drodze kilka zapomnianych, dawno już nie odwiedzanych przez wędkarską brać oczek wodnych, które niczym oka w rosole rozsiane były po okolicznej łące. W końcu dojechali. Oczom ich ukazał sie piękny widok. Niczym nie zmarszczona woda rozpościerała się jak okiem sięgnąć, z wody wystawały konary starych dębów, które ząb czasu powalił do wody tworząc wspaniałe kryjówki dla ryb. Zajęli miejsca w niewielkiej zatoczce porośniętej grążelami, obok jednego ze zwalonych do wody drzew. Byli bardzo szczęśliwi, nie mogli się nacieszyć niczym dzieci w parku rozrywki. Ryby brały wyśmienicie, co rusz wyciągali z wody grube płocie, które jak diamenty lśniły w porannym słońcu. Nagle spławik po raz kolejny znika pod wodą. Tylko tym razem jakoś inaczej nie tak energicznie jak przy braniu płoci. Najpierw lekko sie zakołysał, a potem płynnym ruchem odpłynął w kierunku kapelonów. Zacięcie!!! Na twarzy wędkarza zdziwienie, gdyż ryba nie daje się tak łatwo wyciągnąć. Czyżby to jedna z tych o których opowiadał dziadek? Wędka wygięta do granic wytrzymałości, trzeszczy niczym stary dyliżans, żyłka gra piękna melodię tnąc taflę wody. Uśmiech niczym blask księżyca rozświetla twarz Daniela. Jeszcze chwilka jeszcze kilka sekund i jego marzenie sie spełni. Jest, udało się. Piękny, zielonkawo-złoty lin ląduje na brzegu. Nigdy nie zapomnę tych chwil, tych naszych wypraw. Oddałbym wszystko, żeby powróciły. Niestety życie każdemu z nas wybudowało  różne tory, dla jednych proste dla innych nie do końca. Dziś dalej wędkujemy, lecz wyprawy straciły ten niezapomniany urok i blask, który towarzyszył nam w dzieciństwie.   
  

Partnerzy

http://moczykije.pl/opowiadania/104-wspomnienia-z-dziecinstwa.html
Do góry